W Złotopolu, gdzie czas płynie w rytmie protokołów,
Tam komisja dzielna ruszyła z papierowym wołem.
Grażyna – jak burza, jak groźny wiatr w szafie,
Gdzie brak jednego długopisu — zaraz draka w gmachu staje.
Janusz z kalkulatorem, jak rycerz z tarczą w dłoni,
Liczył spinacze, przeliczał karty — w skupieniu, w pogoni.
Marzena, zawsze z myślą gdzieś o krok do przodu,
Choć gubiła notatki — trafiała w sedno, bez powodu.
Basia — królowa paragrafów i papierowych fortec,
Jej notatki — to mapy skarbów, złożone z pieczątek i orzeczeń.
Tomek z nowinkami, z tabletem jak mieczem,
„To się da zautomatyzować!” — powtarzał wciąż z zapałem.
Do zespołu doszła Ewelina — uśmiech z cieniem tajemnicy,
Nie wiedzieli, czy to sojusznik, czy cień z innej ulicy.
Gdy sen przeminął, a dane się zgadzały,
Nadszedł dzień wielki — świętowali z dyplomami w sali.
Lecz świat nie zasypia, ustawa znów się zmienia,
Ministerstwo rodzi się z papierów i marzenia.
Grażyna na szczycie, ponad chmurami przepisów,
Zespół pod nią — już nie komisja, lecz rada mistrzów.
I choć sztuczna inteligencja podbiła rejestry,
To ludzkie serce bije w rytmie inwentaryzacyjnej orkiestry.
Bo gdzie są kartoteki, tam przygoda nie znika —
A historia komisji to nie koniec… to dopiero kronika.





